#3
Raz, dwa, trzy, ktoś na mnie patrzy
Jest wczesny ranek. Czy wszyscy jeszcze śpią? Nie! W domach żłobkowiczów dzień zaczyna się wcześnie. Pan Henryk szykuje owsiankę z owocami. Pani Monika odprowadza dzieci do żłobka. Ciocia Ania przygotowuje salę do zabawy. Hakerzy też już wstali…
Wybaczcie, jeśli zanim przeczytacie dalszy ciąg będziecie musieli opowiedzieć sobie w głowie całego Pucia na wsi. Ale czy to nie jest sielskie rozpoczęcie dnia z maluszkiem? Poranne śniadanie, czytanie książeczki, przytulanie, mycie ząbków i powolny spacerek do żłobka. Liście lecą z drzew, kasztany dojrzewają, kałuże kuszą błyszczącą taflą, żeby w nie wskoczyć. Dziecko z uśmiechem żegna się z rodzicem, wchodzi do sali, dołącza do bawiących się dzieci i cioć. I co dalej?
Właśnie opisałam kilka naszych ostatnich poranków. Dziecko zaopiekowane i zadowolone. Ale co ze mną? Widzę to tak, że mam dwie opcje. Opcja pierwsza: wracam do domu powolnym krokiem, zahaczam o warzywniak i kupuję ulubione owoce do drugiego śniadania. Cieszę się chłodnym powietrzem o poranku, uśmiecham na widok wiewiórki, zaczynam myśleć co zrobię w czasie, który właśnie odzyskałam. Opcja druga: siadam w korytarzu żłobka, odpalam aplikację w telefonie, na której mam podgląd na salę, w której właśnie bawi się moje dziecko i uporczywie wgapiam się w ekran analizując każdy ruch, czekając aż wydarzy się coś złego. Może nawet po cichu licząc, że w razie jakiegokolwiek kryzysu będę mogła wbiec do sali w pelerynie superbohaterki i uratować moją pociechę z opresji.
Czy jest na sali ktoś, kto nie zgadnie którą opcję wybiorę? Mam nadzieję, że to jasne, że wolę spacer, oddychanie i zajęcie się sobą. Ale może nie być jasne dlaczego nie wybiorę opcji drugiej. Spieszę z wyjaśnieniem.
Pierwsze i najważniejsze. Oddając dziecko do placówki mam zaufanie do osób, które moim dzieckiem się zajmą. No bo jeśli bym nie miała, to jak niby zostawić swój największy skarb z kimś obcym? Wiem, że będzie zadbane, najedzone, jego potrzeby będą zauważone, będzie traktowane z szacunkiem. Tyle mi wystarczy, serio. Nie muszę mieć pewności, że nikt go nie pociągnie za włosy, że się nie rozpłacze podczas przeżywania trudnych emocji, że ono nie ugryzie koleżanki, bo za blisko usiadła. To są normalne rzeczy, które się zdarzają, a ja nie mam na nie wpływu i nie będę mogła zainterweniować w razie problemu. Od tego są żłobkowe ciocie. To, że będę wszystkie te zdarzenia oglądać na małym ekranie mojego smartfona niczego nie zmieni. Nie będę miała tego pod kontrolą. W najlepszym wypadku stracę tylko czas (który przecież chciałam odzyskać, dlatego wysłałam pociechę do żłobka), a w trochę gorszym będę przytłoczona emocjami, w które może mnie wprawić oglądanie streamingu.
Po drugie bezpieczeństwo. Czy ktoś z Was naprawdę uważa, że posiadanie hasła do aplikacji sprawia, że ta jest bezpieczna? Bo z takim agrumentem się spotkałam. Udostępnianie wideo na żywo przez Internet wiąże się z dużym ryzykiem, że zobaczą je osoby trzecie; niekoniecznie takie, które mają wobec naszych dzieci dobre intencje. Nie chcę umniejszać pracy hakerów, ale jeśli ktoś chce mieć dostęp do takiego monitoringu, to posiadając odpowiednie umiejętności, dostęp do internetu i trochę czasu z dużym prawdopodobieństwem taki dostęp uda mu się uzyskać. Upubliczenienie tego to już kilka kliknięć. Osoba, która może mieć złe intencje wobec naszych dzieci może poznać ich rutynę, dowiedzieć się jak się zachowują podczas zabawy, co lubią jeść, komu ufają i tak dalej, i tak dalej… Nie każcie mi tego dłużej tłumaczyć.
Dalej: przez zhakowaną kamerkę z dużym prawdopodobieństwem można dostać się do reszty informatycznej infrastruktury, a co za tym idzie mieć dostęp do innych danych na temat dzieci, do alarmu, drzwi wejściowych i tak dalej, i tak dalej… Widzicie już, że to niesie za sobą spore ryzyko? Potencjalnych ryzykownych scenariuszy jest bardzo dużo, zostawiam to Waszej wyobraźni. Kolejną rzeczą jest to, że jako rodzic nie mam informacji gdzie przechowywane są nagrania, przez jaki okres, kto ma do nich dostęp. Czy nagrania nie będą w jakiś sposób przetwarzane przez AI? Czy wizerunek mojego dziecka nie będzie służył jako biomasa do karmienia modeli językowych w przyszłości? Dodam, że firma jest chińska, więc może być różnie, jak to przecież bywa z chińskimi produktami.
W tej sytuacji widzę sporo zagrożeń, a mało plusów. Bo i po co ten monitoring online? Żeby w wolnej chwili rodzic mógł podejrzeć swoje dziecko podczas zabawy? Takie podejście niesie ze sobą więcej ryzyka niż korzyści, a niestety beztroskie podejście do tematu streamingu wizerunku naszych dzieci jest powszechne. Przecież to, że większość tak robi, nie oznacza, że to ma sens i jest odpowiedzialne. Myślę, że to dobry moment, żeby zrobić mały rachunek sumienia i zastanowić się nad rzeczami, na które wyrażamy zgodę bez pomyślenia o konsekwencjach.
PS. Kusiło mnie, żeby wejść w temat wizerunku w połączeniu konsumpcjonizmem i kapitalizmem, w którym przecież żyjemy, ale powstrzymałam się. To duży temat i pewnie na inny raz.
4.09.2025
#2
Pyk
No i stało się. W dniu, w którym umarł papież ja usunęłam konto z insta. Przypadek? Nie sądzę. Ale tyle przechwałek na początek wystarczy. Zamieszczam ten wpis na pamiątkę.
22.04.2025
#1
Zmiany, zmiany
Oto moje pierwsze rozkminki zapisane na kompie po zmianach jakie wprowadziłam w życie w związku z używaniem telefonu, a konkretniej Instagrama. Zaczęłam od stopniowego usuwania kont, które obserwuję, a których podglądanie zajmowało mi dużo czasu i odwracało moją uwagę od życia. A właściwe to, co oglądanie tych rzeczy robiło z moim życiem, wymaga jeszcze rozwinięcia.
Znalazłam ostatnio notatkę, którą zrobiłam na początku zeszłego roku. To były nie tyle postanowienia, co przemyślenia, wnioski i plany, które mogę stopniowo wprowadzać w życie, albo zacząć się nad nimi bardziej zastanawiać. Napisałam tam, że chcę ograniczyć obserwowanie kont na insta typu MLH. Trochę mnie zaskoczyło, że minęło tyle czasu; nie pamiętałam, że już rok temu zauważyłam zły wpływ na moje życie takich treści. Nie pamiętam kiedy dokładnie, ale właśnie MLH poszło na pierwszy ogień i dość szybko usunęłam ich z mojego feedu. Zmianę w mojej codzienności zauważyłam prawie natychmiast. Jak przypominałam sobie co tam widywałam, to nie miałam wcale ochoty do tego wracać. Wartości nie miało to dla mnie żadnej, chociaż wcześniej codziennie oglądałam każdą relację, którą dodawali.
Na jakiś czas zapomniałam o porządkowaniu tego co oglądam. Od czasu do czasu zdarzało mi się przestać obserwować kogoś, kto zaczynał reklamować jakieś produkty, albo po prostu za dużo postował. W trakcie roku wiele rzeczy przypominało mi o tym, żeby porządkować to, co oglądam w necie. Największy wpływ miały chyba książka Wychowanie przy ekranie, działalność Gosi Fraser i… joga. To wszystko uzmysłowiło mi, że życie nie wygląda jak piszą anonimowi ludzie w internecie. Że każdy może okrzyknąć się „specjalistą”, a za tym nie musi nic stać. Że moje emocje są wzbudzane w jakimś celu i komuś mają się przysłużyć. Że aplikacje z których korzystam są zaprojektowane, żeby uzależniać. I że mam władzę, żeby to po prostu wyłączyć i zadbać o to, co mam tu i teraz. Że mogę zdecydować, że nie chcę karmić się negatywnymi newsami. Że moje życie nie zmieni się jak usłyszę o kolejnym tragicznym wypadku. Że świat się nie zawali, jak o czymś się nie dowiem. A jeśli zdarzy się coś bardzo ważnego, to na pewno ta informacja do mnie dotrze.
Samo uświadomienie sobie tych rzeczy bardzo mnie uwolniło. I spowodowało, że kliknięcie „przestań obserwować” stało się najzwyczajniej w świecie łatwe. Zaczęłam od infuenserów i gadających głów, co do których nie byłam przekonana, że się z nimi zgadzam, albo którzy dodawali treści wywołujące silne emocje (nawet, jeśli się z nimi zgadzałam!). KOlejnym krokiem było usunięcie ludzi, których znam, ale tak zupełnie szczerze guzik mnie obchodziło co, gdzie i kim robią. Ta wiedza zaśmiecała moją głowę i traciłam na tym czas. I na koniec usunęłam też moich obserwujących i ustawiłam konto na prywatne. A największą zmianę przyniosło usunięcie aplikacji instagrama z telefonu.
Po tym zaczęłam uważnie obserwować co robię, żeby zapełnić lukę, która powstała i jak korzystam z telefonu. Na początek zaczęłam wchodzić na vinted. Oglądanie ciuchów, które może potrzebuję, ale pewnie wcale nie. Skrolowanie, przeglądanie co mi proponują. I okazało się, że ta aplikacja też jest skonstruowana, żeby uzależniać. Wielka niespodzianka, kto by pomyślał. Moim pierwszym ruchem było wyłączenie śledzenia, personalizacji i zapamiętywania przez aplikację czego szukałam i co oglądałam. Przez to vinted stało się - uwaga, uwaga - niezbyt atrakcyjne. Na głównej stronie miałam jakieś przypadkowe rzeczy, które w ogóle mnie nie interesowały. Weszłam ze trzy razy w aplikację i od razu wyłączałam, bo nie miałam czego i po co przeglądać. To może brzmieć dziwnie i niezrozumiale, czemu w ogóle korzystałam z tych apek, skoro wiedziałam ile czasu zajmują i jak bardzo są zbędne. Ale słowo klucz tutaj to uzależnienie. Po prostu dałam się wciągnąć w coś, co ktoś bardzo dokładnie zaprojektował, żeby uzależniało. Moim kolejnym krokiem było po prostu usunięcie aplikacji z telefonu.
Te dwie duże zmiany, czyli usunięcie obu aplikacji z telefonu, wprowadziłam w odstępie około tygodnia. W tym momencie nie odczuwam ich braku, a w razie potrzeby po prostu wchodzę do nich na kompie kiedy mam czas. To też bardzo mocno określa kiedy mogę z nich skorzystać, czyli kiedy akurat pewna mała osoba śpi.
Równolegle do tych zmian wróciłam do kursu robienia literek, czytam o tym książkę, pojawiły się webinary, które chcę zobaczyć, więc mam na to czas. Chwilę wcześniej zaczęłam też prowadzić dziennik (lub dwutygodnik, jak wyjdzie), który też pomagał mi układać bieżące rozkminy, nawet jeśli zapisywałam je na szybko i chaotycznie. Odkąd mocno ograniczyłam wpływ informacji i aplikacji na moje życie nie minęło jeszcze dużo czasu i trudno mi powiedzieć więcej o tym jak zmieniło się moje życie. Ale mam nadzieję, że zmiany będą pozytywne i przy uważnej obserwacji siebie i wyciąganiu wniosków zmienię jeszcze wiele. Przede mną jeszcze dużo pracy.
15.01.2025